WYSTAWA
KATARZYNA KULPA: Lubię patrzeć na chmury z góry
17.07. – 31.07.2026
„Zmiana perspektywy od zawsze mnie fascynuje. To, co z bliska wydaje się nieuchwytne, z oddalenia odsłania własny rytm. Chmury przypominają mi, że świat nieustannie pozostaje w przepływie. Tak rozumiem malowanie. Nie jako próbę zatrzymania rzeczywistości, lecz uważne towarzyszenie jej przemianom. Każdy obraz jest chwilowym zatrzymaniem procesu, który naprawdę nigdy się nie kończy. Niesie w sobie ślad poprzedniego i zapowiedź następnego.”
Wernisaż wystawy
17 lipca – piątek | godz. 18:00
BULVARY | lokal 4
BIO
Katarzyna Kulpa, malarka, doktor sztuki, nauczyciel akademicki, zajmuje się malarstwem i performance'em i arteterapią. Regularnie prezentuje swoje prace na wystawach indywidualnych i zbiorowych w Polsce i za granicą (Włochy, Niemcy, Hiszpania, Dania, Słowacja, Czechy, Ukraina).

Od kiedy tylko pamiętam, na chmury z góry zawsze patrzyłem słuchając Richarda Wagnera. Szczególnie, gdy leciałem nad ośnieżonymi szczytami Alp chmury błagały o Walkirie (Die Walküre). Nic dziwnego więc, że i tym razem, w konfrontacji z monumentalnym zamachem na chmurne wyznanie jakim są prace Katarzyny Kulpy, jej bezkompromisowe płótna dopraszają się o muzykę Wagnera, a dokładniej mówiąc o „akord/zwrot tristanowski” drugiego taktu preludium opery Tristan i Izolda. Podobnie jak tenże zwrot widziany przez wielu jako początek rozkładu systemu dur-moll stojąc przed obrazami Kulpy odnosimy wrażenie, że sedno artystycznej wizji kryje nasiona czegoś jeszcze; czegoś nowego, unikalnego co wybija nas z nas. Wyrzuca odbiorcę ze strefy komfortu, wynosi go ponad tytułowe chmury wyznaczając punkt psychodelicznego wręcz stanu widzenia z góry. Wprowadza perspektywę lotu ptaka:
…gdy oto nad globem
Milion gwiazd cichych się świeci,
A każda innym jaśnieje sposobem,
A wszystko stoi — i leci.
C.K. Norwid — MarionetkiTo spektakularne, wielkoformatowe malarstwo patrzące na chmury z góry nie boi się zgłębiać tego co odbywa się wysoko ponad nimi. Przynajmniej ten spektator, czuje w przekazie artystki daleko posuniętą żądzę eksploracji tak samo rodzących się, wyimaginowanych galaktyk jak i gasnących gwiazd; dostrzega upodobanie patrzenia w przestrzeń; widzi jak czysty, biały prostokąt płótna przejmuje pozycję wyzwania a nawet prowokacji podobną do tej jaką musieli czuć odkrywcy niezbadanych lądów, pionierzy zapuszczający się w wielką niewiadomą białych plam na mapie.
Na to pytanie czy malarstwo Katarzyny Kulpy dotyka miejsc nie- tkniętych ludzką stopą każdy z nas musi sobie odpowiedzieć sam.

Formalne eksperymenty oraz morfologia mniej lub bardziej świadomie badająca istotę kształtów i naturę ich przeobrażeń często przybiera efektowne formy międzygwiezdnych mgławic jakie znamy chociażby z fotografii przesyłanych przez teleskop Hubble’a. Malarskie eksplozje w sztuce Kulpy rzeczywiście układają się w nebularną strukturę do złudzenia przywodzącą na myśl narodziny gwiazd. Powstają pytania: Czy towarzyszy im ból? Jaka silny wpływ na parcie w przestrzeń ma nadzieja?
Strefa bezpieczeństwa w jakiej najczęściej znajduje się odbiorca w konfrontacji z wizualnym spektaklem ekspozycji, w tym przypadku jest zakłócona czymś porównywalnym do wrażenia jakie budzi odwrotna perspektywa ikon. Tam, linie perspektywy wybiegając przed siebie zbiegają się w nas, w naszym oku. Tutaj, tętniące życiem formacje przed którymi stoimy płyną w naszą stronę. Nie obok, nie w głąb, nie w górę w dół. Nie. Te chmury rozprzestrzeniając sią przede wszystkim mają nas za cel. Odnosimy wrażenie iż te chromatycznie rozbudowane formacje przedstawione są jednocześnie z kilku punktów widzenia. Zmuszają uważnego świadka do aktywnego wewnętrznie udziału „wprawionego” jednakże w metafizyczne stasis, w natchniony bezruch poświęcony bez reszty bezinteresownej kontemplacji piękna.
Sztuka Kulpy prowadzi nas ku trwaniu, ku skupieniu. Przypomina nam o tym, jak bardzo patrzenie różni się od widzenia, jak mało słyszenie ma wspólnego ze słuchaniem.
Nota bene, muzyczność płócien jakie rozbrzmiewają przed nami, ich wewnętrzny dźwięk, foniczny rozmach, akustyczna aranżacja, przepych tonacji, niewątpliwie domagają się osobnego podejścia.

W stanie całkowitej absorpcji, wchłonięci przez bujne abstrakcje Kulpy, do pewnego stopnia ulegamy unicestwieniu, nie pragniemy niczego posiąść, niczego podbić ale również niczego nie odrzucamy. Jesteśmy lustrem poprzez kadr którego chmury i mgławice przemieszczają się lub zastygłe w miejscu stoją i lecą. Nikt do nikogo nie ma o nic pretensji. Absolutnie o nic nie chodzi. TO JEST TO. Kontekst i czas zmiecione z nóg przestają istnieć.
Sztuka jaką mamy przed sobą tworzy ów unikalny moment, kiedy w potocznym jak i w metafizycznym znaczeniu, przestając być naprawdę być zaczynamy.
Osiągamy wówczas błogosławiony stan ostatecznej realizacji porównywalnej do określanego przez Plotyna stanu Jedni. Malarstwo jakie mamy przed sobą, wzniecając tego rodzaju uwrażliwiającą intensywność pobudza proces przechodzenia z bycia w byt – i to tam właśnie, pomiędzy byciem a bytem, zawiera się egzystencjalny kręgosłup prezentowanych obrazów, ich poetycka prężność i promieniowanie for- my lub claritas, jakby to nazywał św. Tomasz z Akwinu.
Wprawiające w bezruch, często symetryczne dyptyki, wirują wokół magicznych osi. Dynamika chmur widzianych z góry czy też nebular- nych rzeźb widzianych od dołu, ulega nieustannej oscylacji od bardzo wolnej i wręcz leniwej do wartkiej, i czasami alarmującej. Chmury znajdujące się przed odbiorcą panują nad nim dzięki zmysłowej lawinie barw; jesteśmy zanurzeni w potoku różnorodnych malarskich nawarstwień, uskoków i spiętrzeń. Są to obrazy tak samo domknięte jak i otwarte, wydają się nie być bezpowrotnie ukończonymi – przeobrażają się w swoim własnym kosmicznym tyglu często odwiedzanym przez gwiezdne nawałnice, otwartym na gest, na ukłon nieba zauważony także przez Helen Frankenthaler, gdy wyznaje:
„Postrzegam swoje prace jako wybuchowe krajobrazy
– światy i przestrzenie rozpięte na płaskiej powierzchni
i zapisane w geście. [...] Tworząc obrazy, staram się
uchwycić i zatrzymać eksplodujący gest.”
Nemerov Alexander, Fierce Poise. Helen Frankenthaler and 1950s New York. Penguin Press; p.139.
I pamiętajmy o pamięci.


Chmury artystki są przede wszystkim przekładem na język malarski osobistych doświadczeń. W obrazach jakie mamy przed sobą empi- ria pełni rolę inicjującą. Czasami jest zaczynem, pierwszą nutą symfonii lub spłonką gwałtownej miniatury, pierwszym słowem oratorium, a niekiedy szeptem etiudy na szukające się w mroku meandry plam. Tektonika obrazów przed którymi stoimy, nie jest sumą składających się na nie elementów, lecz zasadą, która sprawia, że wielość form jawi się jako konieczna całość.
W pewnej niemożliwej do umiejscowienia chwili, optyka pejzażu chmur widzianych z góry, w sobie tylko właściwy, niewytłumaczalny sposób odrzuca wszystko co nie współbrzmi z jej zasadniczą formą, stylem i paletą; wydobywa z zapracowanej ręki za sprawą niepisanych reguł artystycznej odrębności i siły plastycznego przekazu wszystko to czego potrzebuje, to co jest użyteczne, „przejmuje pałeczkę,” i pa- radoksalnie, jakkolwiek to zabrzmi, obraz zaczyna „malować się sam”.
Wówczas, automatyczna, w surrealnym sensie, kreacja „rości” sobie prawo do prawdy. Uderzającą cechą chmur widzianych z góry jest przede wszystkim ich niewymagająca wyjaśnień treść. To malarstwo nie wymaga od nas werbalnego ogarnięcia jego istoty. Pojęciowa re- fleksja może przyjść później. Ważne jest to, jak na nas owe nieuchwyt- ne coś działa.
Nie to czym coś jest się liczy, lecz to, co to Coś czyni (czy też wyczynia) z nami. Potęga dzieła sztuki to nic innego jak zachwyt i bezradność języka.

Abstrakcje Kulpy są naturalne jak oddychanie. Wydają się być wyni- kiem procesu granicznego, zachodzącego na progu pragmatycznej obecności i fragmentarycznego zrządzenia. Płaszczyzna malarska nie zawiera tła w klasycznym pojęciu tego słowa. Operuje przede wszyst- kim chromatycznie, a nie linearnie. Na niej każdy centymetr kwadratowy jest tak samo ważny. Struktura przekazu jest jednak w dalszym ciągu elastyczna, otwarta na niespodzianki, „podarunki” przypadku. Warto też zauważyć, że w tym zestawie kompozycje wertykalne są z reguły bardziej ekspresyjne, dynamiczne. Trudno powiedzieć czy są prologiem baśni, czy też epilogiem tragedii. Płótna horyzontalne na- tomiast są bardziej liryczne; wydają się być przekładem na obraz wzruszonego zamyślenia.
Zrealizowana pod naciskiem, tego co Wassily Kandinsky nazywa „wewnętrzną koniecznością,” alchemia obrazów artystki jest nieuchron- nie rezultatem samorzutnych konsekwencji. Ich siła sugestii przenika również w alembik naszej głowy. Tam dojrzewa, wrze. Odbywając się w odbiorcy wzywa, i wręcz zmusza go, do współuczestniczenia, do bycia wewnątrz mieniącego się, malarskiego wypadu w nieznane. Uży- wając heideggerowskiej nomenklatury – „wyistaczające się” połacie koloru, pulsujące topografie snu, malarskie propozycje Kulpy są tak samo kosmiczne jak i przyziemne, proponują komponenty niezbędne do oczyszczenia rzeczywistości z hałasu; sugerują elementy przy- datne w procesie inicjacji psychofizycznej reakcji porównywalnej do hipnozy, z której przynajmniej ten spektator nie chce się wybudzić.
I co ważne, a może i najważniejsze, nie należy o tym zapominać – rzeczywistości, jaką pozostawia po sobie wolny, czy jak kto woli, uwolniony gest twórczy, nie należy odbierać jako arbitralnego aktu – w ostatecznym rozliczeniu odpowiada ona bowiem przed nadrzędną instancją jaką jest leżąca u zarania procesu dokazywania farbami, wszechobecna iskra intencji.
Kurator wystawy Aleksander Najda PhD


